Jak już Wam wspominałam, w ciągu ostatnich miesięcy wiele się u mnie działo: prelekcja na konferencji dla tłumaczy, początki bloga, nowa praca, a do tego oczywiście cała masa innych zainteresowań i kilka udanych wyjazdów. Ani przez moment nie mogłam więc narzekać na nudę. W tej wyliczance zabrakło jednak jednego elementu, który zdominował ostatni rok – studiów. Nauka właściwie ani na chwilę nie dawała o sobie zapomnieć, ale wbrew pozorom to nie egzaminy były największym wyzwaniem. Otóż mój rok akademicki można by było właściwie podsumować jednym hasłem: pisanie pracy licencjackiej. Jesteście ciekawi, dlaczego tak bardzo spędzało mi to sen z powiek? Zapraszam do lektury!

Wcale nie wyolbrzymiałam pisząc, że licencjat zdominował cały rok akademicki. Ledwo zaczęły się zajęcia, ja już się zastanawiałam, o czym by tu pisać, jaki sobie wziąć temat, bo w przypadku większych zadań zawsze wolę się wcześniej przygotować, pozbierać materiały, dobrze się zastanowić, a potem dopiero zacząć jakieś konkretne działania. No więc tak się zastanawiałam i analizowałam wszystkie pomysły, a było tego naprawdę sporo. Miałam nawet jakieś przykłady hiszpańskich książek i filmów, których tłumaczenie z jakiegoś powodu wydało mi się ciekawe, ale żaden z pomysłów nie wydawał mi się dość dobry, więc nawet ich z nikim nie konsultowałam. I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł: a może jednak napisać coś o modzie?

Ten temat nie wziął się tak kompletnie z kosmosu. Z podobnym zagadnieniem zgłosiłam się na konferencję TLC (jak zaczynał się rok akademicki to nie wiedziałam jeszcze, że zostanę na nią przyjęta), z tymże tam skupiłam się raczej na konkretnych potrzebach świata mody, jeśli chodzi o tłumaczenia i na możliwych problemach, z którymi spotykają się tłumacze w tym biznesie, więc nie był to materiał na pracę licencjacką. Ale sama dziedzina jakoś tak została w mojej głowie, więc zaczęłam się trochę szerzej rozglądać i miałam coraz większą ochotę zająć się właśnie tym zagadnieniem.

Na początku również z nikim nie konsultowałam tego tematu, ponieważ chyba sama nie bardzo w niego wierzyłam. Kiedy już zrobiłam mały research wspomniałam o swoim pomyśle najbliższym przyjaciołom. Reakcje były różne, większość osób traktowała modę mało poważnie (w ogóle mnie to nie zdziwiło), więc wątpili czy można napisać o niej coś naukowego. Tylko kilka osób powiedziało, że to w sumie ciekawe i skoro mnie interesuje, to powinnam właśnie tym tematem się zająć. I tutaj tak naprawdę zaczęły się schody.

Problem z pisaniem o modzie jest taki, że niestety nie ma zbyt wielu materiałów, które mogłyby okazać się pomocne przy pisaniu pracy. Wizyty w bibliotece są właściwie zbyteczne, w Internecie z kolei o modzie jest sporo, ale raczej w kontekście zakupów, a nie analizy języka. Taki utrudniony dostęp do materiałów może być zniechęcający, szczególnie, że była to moja pierwsza poważniejsza praca naukowa. Dla mnie jednak okazało się to niezwykle motywujące, tym bardziej, że i tak przeczesywałam Internet, by jak najlepiej przygotować się do konferencji. O dziwo udało mi się znaleźć nie tylko artykuły o języku w świecie mody (niektóre dotyczyły konkretnie języka hiszpańskiego), ale nawet inne prace naukowe, które chociaż nie miały nic wspólnego z tłumaczeniem, okazały się w pewnym stopniu przydatne i przynajmniej pozwoliły mi obrać dobry kierunek.

Kiedy już zebrałam część materiałów, przedstawiłam swój pomysł na uczelni. Temat został bez problemu zaakceptowany, więc od razu mogłam zacząć pisać. I tutaj właśnie dokonałam największego odkrycia: dobrze zebrane materiały i wstępny plan pracy, na tyle ułatwiły mi pisanie, że zebranie tego w całość nie było wcale aż tak trudne. W swojej pracy wykorzystałam materiały publikowane przez Museo del Traje w Madrycie. Ich zdobycie nie należało niestety do najłatwiejszych. Nie obyło się bez pisania maili do pracowników muzeum z prośbą o pomoc i dodatkowe informacje. Ponadto, sam temat okazał się dość złożony i skomplikowany, więc musiałam go podzielić na mniejsze części. Na szczęście w tekstach było bardzo dużo ciekawych przykładów do analizy, więc mogłam się w swojej pracy zająć wszystkimi problemami tłumaczeniowymi, a nie tylko jednym konkretnym typem.

Po co opisuję tę historię? By pokazać Wam, że warto czasami myśleć nieszablonowo i spełniać marzenia, a nie męczyć się z tematem, który w ogóle do Was nie przemawia. Sporo osób intensywnie myśli nad czymś ciekawym, zgodnym z ich zainteresowaniami (doskonale Was rozumiem) i w końcu bierze jakiś temat, który w ogóle nie wydaje im się interesujący, bo myślą, że w danej dziedzinie nie da się wymyślić nic fajniejszego. Uwierzcie mi się, że się da! Pomysłów jest naprawdę wiele, jak sami widzicie nawet na lingwistyce można wyskoczyć z czymś niecodziennym. Piszcie o tym, co Was interesuje, badajcie tematy, którymi nikt się jeszcze nie zajmował. Szybko zobaczycie, ile to daje satysfakcji i energii do działania. Na jesień zdecydowanie się przyda!

 

Reklamy