Pod koniec marca miałam przyjemność po raz pierwszy w życiu uczestniczyć w konferencji dla tłumaczy, a dokładniej mowa o TLC, czyli The Translation & Localization Conference w Warszawie. Wcześniej brałam udział w różnych konferencjach i spotkaniach o podobnej tematyce, jednak miały one zdecydowanie bardziej studencki charakter. Nie bardzo więc wiedziałam jak wygląda taka konferencja i czego powinnam się spodziewać. Jest jeszcze jedna zasadnicza różnica. Do tej pory chodziłam wyłącznie jako słuchacz, tym razem miałam też swoje wystąpienie. Sami przyznacie, że to całkiem sporo nowości jak na jeden raz.  Jesteście ciekawi jak wygląda taka konferencja? Jakie są moje wrażenia? I czy w ogóle warto chodzić na tego typu imprezy? Zapraszam do lektury!

17776928_1375745602486899_1620937527_o

Na początek warto wspomnieć o organizacji całego wydarzenia, która mnie zaskoczyła, ale zdecydowanie zaskoczyła na plus. Konferencja odbywała się w Sound Garden Hotel w Warszawie. Nigdy wcześniej tam nie byłam, ale słyszałam dużo pozytywnych opinii, które potwierdziły się w stu procentach. Sporo miejsca, fantastyczne sale i naprawdę dobrze zaaranżowana przestrzeń. W takim fajnym miejscu z przyjemnością można spędzić dwa dni konferencji. Chociaż w planie było naprawdę dużo wystąpień, a jednocześnie odbywały się trzy prelekcje na trzech różnych salach, wszystko zaczynało się punktualnie, bez bałaganu i dezorientacji. Pełen profesjonalizm 🙂

17761321_1375744535820339_159536705_o17779069_1375744585820334_196434445_o

W tym roku konferencja odbywała się pod hasłem „Level up”. Wszystkie prezentacje nawiązywały do tej myśli, ale każdy zinterpretował ją trochę inaczej, dlatego w programie znalazły się bardzo różnorodne wystąpienia, a uczestniczy nie mogli narzekać na nudę.  Dodatkowo odbywały się różne dyskusje i warsztaty, na których można było praktycznie zastosować nowo zdobytą wiedzę i wymienić się doświadczeniami. Oczywiście nie sposób było uczestniczyć we wszystkich ciekawych prezentacjach, ale muszę przyznać, że te, na które trafiłam, naprawdę mi się podobały. Sporo było wystąpień o samej organizacji pracy tłumacza, poruszających zagadnienia dotyczące bardziej biznesowej strony tego zawodu i sposobów na poszerzanie wiedzy. Nie zabrakło także prezentacji na temat różnych narzędzi potrzebnych do tłumaczenia oraz spraw pośrednio związanych z tłumaczeniem, jak na przykład rozmowy kwalifikacyjne, referencje i wiele innych ciekawych tematów. Krótko mówiąc, była to potężna dawka wiedzy i inspiracji, przedstawiona w ciekawy sposób przez specjalistów z branży.

17759071_1375744542487005_1560464079_o

I tu dochodzimy do kolejnego punktu, czyli do osób, które można spotkać na konferencji. A można spotkać ich naprawdę wiele, tak że nie sposób porozmawiać ze wszystkimi, których chciałoby się poznać. Introwertycy mogą czuć się tym trochę przytłoczeni (przez pierwszą godzinę czułam się trochę nieswojo), ale wszystko jest do ogarnięcia. Na pomoc przychodzą przerwy kawowe i lunch, idealny czas na rozmowy w mniejszym gronie. W sumie po dwóch dniach miałam wrażenie, że w czasie tych przerw dowiedziałam się równie wiele, co w czasie poszczególnych wystąpień. Niezobowiązująca atmosfera sprzyjała wymianom doświadczeń (i czasami wizytówek), pozwalała także dotrzeć do osób, z którymi na co dzień ciężej byłoby mi nawiązać kontakt. Wśród uczestników znajdowali się tłumacze (także przysięgli) różnych języków, wyspecjalizowani w zupełnie różnych dziedzinach, a także przedstawiciele biur tłumaczeń. Można więc było porozmawiać na wiele interesujących tematów, o których rzadko wspomina się na studiach i poznać różne punkty widzenia.

17797082_1378050332256426_1748526543_o

Pozostaje jeszcze jedna sprawa, czyli moja prezentacja. W czasie konferencji przedstawiłam gościom różne zagadnienia związane z tłumaczeniem w świecie mody. Chociaż wydawało mi się, że jestem dobrze przygotowana, przed samą konferencją nie czułam się w stu procentach pewnie. Jak już wspomniałam, jestem introwertykiem i chociaż lubię przemawiać przed publicznością, zawsze jednak trochę się stresuję. Na szczęście występowałam drugiego dnia, więc zdążyłam się już oswoić z miejscem, poznać uczestników i ogólnie zorientować się, jak to wszystko wygląda, także przed samą prezentacją stres nie był szczególnie dotkliwy. Przy okazji odkryłam jaka jest największa różnica miedzy wystąpieniami na studiach, a wystąpieniami na konferencjach. I nie, nie chodzi o sprzęt, ani o liczbę uczestników. Otóż największa różnica jest w tym, że na konferencjach ludzie naprawdę słuchają tego, co się mówi. Oczywiście to było do przewidzenia, ale różnicę i tak dało się odczuć. Wniosek? Zdecydowanie łatwiej jest mówić do zainteresowanych odbiorców. Cała prezentacja, jak na pierwszy raz, wyszła całkiem nieźle, chyba nawet lepiej niż się spodziewałam. Pierwsze koty za płoty, następnym razem będzie już tylko lepiej.

17761464_1375745129153613_1908486216_o

Czy to znaczy, że przewiduję to kiedyś powtórzyć? Zdecydowanie tak. Nigdy wcześniej nie spędziłam tak ciekawych, inspirujących, pełnych nowych doświadczeń dwóch dni. Miałam okazję poznać wielu specjalistów, ludzi, którzy naprawdę kochają to, co robią i chcą się tym dzielić. Istnieje także alternatywne rozwinięcie skrótu TLC, czyli tender, love, care. Pasuje idealnie! To była ogromna dawka inspiracji i przede wszystkim motywacji. Takie spotkania dodają energii i siły do działania. Tak więc na pewno nie była to ostatnia konferencja w moim życiu 🙂

 

 

Reklamy